piątek, 14 listopada 2014

Żywopłoty -zawróciły mi w głowie


foto z pinterest.com
Taki piękny żywopłot mi się marzy.
A że marzeniom trzeba pomagać... więc zakasaliśmy rękawy i przystąpiliśmy do akcji "nasz żywy płot"
Zacząć wypadało od znalezienia odpowiednich sadzonek.Bynajmniej nie chodziło nam o tuje, które ostatnimi czasy prym wiodą wzdłuż i wszerz polskich nieruchomości. Przyznaję, że niewielki pasek zdążyliśmy i u nas zasadzić parę lat temu. Nie interesowałam się jednak wtedy ogrodami prawie w ogóle.
A kiedy zaczęła się moja ogrodowa przygoda, i na mojej drodze spotkałam Kasię B., to temat żywopłotu kojarzyć się mi mógł już tylko z liściastymi krzewami. 
Co prawda, nie zielenią się przez cały rok jak wyżej wspomniane tuje... ale nie koniecznie musi to być minusem. Właśnie dzięki temu widok za oknem się zmienia razem z porami roku. Nie jest nudno :) Raz cieszy nas zielona ściana, która jesienią potrafi się pięknie przebarwiać a zimą na pierwszy plan wychodzi rysunek poplątanych gałęzi, który np. w przypadku grabu jest naprawdę piękny. A krzewy kwitnące (np głóg) dodatkowo czarują wiosną chmurami kwiatów,  jesienią zaś czerwienią się jadalnymi owocami. Nie sposób nie wspomnieć o lokatorach takich żywopłotów, bo wiele ptaków znajduje w nich schronienie i pokarm.
To tak w wielkim skrócie o zaletach żywopłotów liściastych.
...a więc zdecydowaliśmy się ogrodzić nasz warzywniak ścianami głogu i grabu. Znalezienie sadzonek jednak okazało się nie takie łatwe.  Bo albo były za drogie, albo za małe, albo ilość nam potrzebna okazywała się dla sprzedawcy zbyt wielka...
Ręce mi opadały. Kiedy w końcu trafiłam na odpowiednie, to się okazało, że szkółka nie prowadzi sprzedaży wysyłkowej, a znajduje się, bagatela,  550 km! od nas. Jednym słowem klops!
Ale nie dla mnie ;) Co prawda Odys popukał mi w czoło, kiedy usłyszał, że może byśmy tak sobie zrobili malutką wycieczkę?  ;) ...no, ale ja tak szybko się nie poddaję ;))
Ma się tą siłę przekonywania ;) 
 Tym sposobem, w ostatnią niedzielę października, skoro świt, wyruszyliśmy w drogę. Hura! W końcu jakieś małe szaleństwo ;)...
Szczęśliwie dojechaliśmy do celu. Ku zdziwieniu Pana ze szkółki, upchnęliśmy 350 sporych i mocno kolczastych sadzonek głogu do samochodu.


Zrobiliśmy "w tył zwrot" i ...do domu. Przyznacie, niezły spacerek -1100 km w jeden dzień. Ale co się nie robi dla ... sadzonek ;)
A po krótkiej nocy od rana zabraliśmy się do sadzenia.
Pas ziemi pod żywopłot, wcześniej wyplewiony i przyprawiony obornikiem, czekał już gotowy na przyjęcie krzaczków.


Praca na świeżym powietrzu, pod bezchmurnym niebem, na dodatek w sympatycznym towarzystwie ;) to czysta przyjemność :))
Sadzonki sadziliśmy w odległości 25cm od siebie. Najpierw jeden rząd. A potem drugi z przesunięciem tak, żeby się wymijały.



Może nie przypomina to imponującego żywopłotu. Ale to tylko kwestia... paru lat z okładem ;)
Ogród uczy cierpliwości.  Z całą pewnością.
Przed nami jeszcze wyściółkowanie  pasa świeżo zasadzonych  krzaczków.


Tymczasem na wiosnę będę musiała go "ostrzyc" skracając go solidnie. No nie wiem, jak ja ten zabieg przeżyję. A przecież jeszcze te bidne sadzonki to muszą przeżyć ;)
Głogiem obsadziliśmy 3 ściany warzywniaka, a czwarta, ta od sąsiada będzie ozdobiona żywopłotem z grabu.
W sumie w ciągu tygodnia posadziliśmy 750 sadzonek.
400 sadzonek grabu przyjechało do nas pocztą kurierską w ...jednym kartonie.  Po otwarciu okazało się, że były to, zupełnie nierozgałęzione jeszcze badylki. 
Na pociechę dumnie szeleściły zasuszonymi listkami, mocno trzymającymi się tychże badylków. Grab tak już ma, że liście utrzymują się często aż do wiosny, kiedy wypierają je nowe, młode


Te mizeroty też oczywiście na wiosnę skrócę...
...a potem bacznie obserwować będę jak będą się rozkrzewiać i piąć w górę. 

  foto z:  lopezislandkitchengardens.wordpress.com
 I kto wie, może czeka mnie taka przyszłość?... ;)

zdjęcie ze strony:  http://boardgamegeek.com

Temat żywopłotów wciągnął mnie na maksa.  Nocami myszkuję w necie w poszukiwaniu informacji i inspiracji. I czym bardziej zagłębiam się w temat, tym bardziej nie mogę zrozumieć dlaczego żywopłoty wciąż są u nas tak mało popularne. Są praktyczne, pożyteczne i ...piękne. 
 Chronią glebę przed erozją (niszczeniem zewnętrznej warstwy na skutek warunków atmosferycznych jak i działalności człowieka), zmniejszają prędkość wiatru, zwiększają wilgotność powietrza, ograniczają przemieszczanie się szkodliwych związków chemicznych z pól nawożonych pestycydami, są zaporą dla spalin samochodowych, jednocześnie oczyszczają powietrze.
Są też konkurencyjne dla typowych nowoczesnych ogrodzeń poprzez swoją długowieczność. Raz zasadzone mogą przetrwać kilkaset lat. Zalet jest znacznie więcej.
Nie wszystkie są oczywiste dla laika, ale przecież ich urodę potrafi docenić każdy.
Nadają ogrodom charakteru a dzieląc je na przestrzenie,  dodają im tajemniczości, kameralności i wyjątkwości.

źródło: pinterest
źródło: pinteest
źródło: pinterest

źródło: pinterest
Puszczając wodze fantazji można wyczarować z nich prawdziwe cuda.

źródło: pinterest
źródło: pinterest
źrodlo: |http://carolyneroehm.com
źródło: pinterest

źródło: pinterest

...ale zejdźmy na ziemię i zostawmy smoki i inne stwory na boku, bo bardziej mnie kręcą prostsze formy żywopłotów. Prostsze i bardziej tradycyjne. 

http://www.shropshirehedgelaying.co.uk/competitions.php
Niezwykle ciekawym sposobem prowadzenia żywopłotów jest tzw "kładzenie"ich -jest to bardzo stara sztuka, która obecnie w Anglii odradza się m.innymi dzięki stowarzyszeniu "National Hedgelaying Society"  które organizuje kursy tego rzemiosła.
Również Karol, książę  Walii propaguje tą sztukę ogrodniczą.

nataliepace.com/newsletters/members/906/906bottom.php
Na zdjęciu, Książę Karol podczas "kładzenia" żywopłotu na swojej ekologicznej farmie (Home Farm Estate)
W dzisiejszych czasach typowe żywopłoty formowane przycina się co roku (nawet kilka razy w roku), często przy pomocy coraz bardziej wymyślniejszych maszyn. 
Natomiast dawniej formowało się je co kilka, a nawet kilkanaście lat, praktycznie z dużych wyrośniętych już krzewów-drzew.
Formowanie to polegało na nacinaniu 3/4 pnia (wcześniej oczyszczonego z przeszkadzających gałęzi) u podstawy i naginaniu ich pod kątem (0-45 stopni) 
Takie mocne nacinanie prowokuje roślinę do tworzenia nowych odrostów, które przeplecione z odgiętymi gałęziami tworzą bardzo ścisły "mur". Ślady po cięciach zabliźniają się bez szkody dla rośliny.
http://www.inspirationgreen.com/hedge-laying.html

Wydaje się nieprawdopodobnym, że tak mocno nacięte pnie mają siłę na odrodzenie. A jednak to działa.
http://www.inspirationgreen.com/hedge-laying.html
Na dodatek efektownie wygląda. Tak bardzo przaśnie.
Korci mnie aby kiedyś wypróbować tej sztuki w swoim ogrodzie. Czy będę miała odwagę?
 Jak pożyjemy, to zobaczymy ;)... bo żeby "położyć" żywopłot,  wpierw trzeba dać mu kilka lat na  podrośnięcie. Mam więc trochę czasu ;)
Inaczej ma się sprawa ze sztuką "plecenia" żywopłotu. 
Buszując w poszukiwaniu informacji w interesującym mnie ostatnio temacie, natrafiłam na prawdziwą perełkę. Przedruk oryginału książki wydanej w 1844 roku, na temat żywych płotów z głogu białego. Musiałam ją mieć!


Autorem jej jest Jerzy Schenka, który w czasach rewolucji francuskiej (1792-1815) przemierzając austriackie prowincje, Włochy, Francję i Niemcy zachwycał się urokiem pięknie plecionych żywych płotów . Doceniając zalety i piękno takich ogrodzeń postanowił przenieść tę pożyteczną modę na grunt Królestwa Polskiego.
Kupił w Drohobyczu (Galicja) grunt miejski, który ogrodził pokazowym żywym płotem. Po 10-letniej pielęgnacji swojego płotu wydał niniejszą książeczkę,  której zadaniem miało być przekazanie wiedzy jak taki płot zasadzić i pielęgnować aby stanowił skuteczną ochronę jak i ozdobę zagród w całym kraju.


Pisze w niej: "Płot ten żywy tak jest dobrym i doskonałym, iż bez przerwy należało by mu czas poświęcić, dopóki by wszędzie, gdzie tylko potrzebne jest ogrodzenie, nie stanęły ściany z głogu białego."


Plecionka ta zawróciła mi w głowie i nie daje spać. Mówiąc krótko mam na nią wielką chrapkę.
Trochę odstrasza mnie tylko 6 pierwszych lat żmudnego prowadzenia tego cacuszka.
Bo efekty chciałoby się mieć jak najszybciej. Niestety z urodziwym głogiem to nie wyjdzie.
Chyba, żeby zdecydować się na plecionkę wiklinową

http://www.inspirationgreen.com/living-willow-hedges.html
 ...ale to nie to samo.
I już mam ochotę rozwinąć temat wiklinowy... a to już byłaby przesada.
Może więc innym razem :)

sobota, 18 października 2014

Będę miała warzywniak.

Moje spacery po pięknych angielskich ogrodach ( w Irlandii) pozostały już tylko wspomnieniem.
Zapewne często będę do nich wracać przeglądając pękające w szwach albumy ze zdjęciami. Po cichu planuję też sobie powrót w tamte miejsca w realu... może już wiosną? Bo z całą pewnością każda pora roku odsłania inne uroki ogrodów.
Tymczasem zakasaliśmy z Odysem rękawy i zabraliśmy się za tworzenie własnego warzywniaka.
Tylko od czego by tu zacząć? Nie mamy przecież żadnego doświadczenia w tym temacie.
Wiedziałam gdzie chcę mieć ogródek z grządkami... ale już ile miejsca na niego przeznaczyć to nie do końca. Poza tym marzył mi się warzywniak w stylu angielskich tzw Kitchen Gardens. A to już wyższa szkoła jazdy. Nie mogłam więc sobie odmówić wezwania na pomoc specjalistów od angielskich ogrodów -Kasi i Andrew Bellingham.
Wszak najlepiej uczyć się od mistrzów :)
Zaprosiliśmy więc ich na konsultację, żeby rzucili fachowym okiem na nasze ugory i poradzili co mamy z tym naszym łysym polem robić, tak krok po kroku.
Ku mojej wielkiej radości Kasia zgodziła się zrobić nam ogólny projekt warzywniaka, co bardzo skróciło czas realizacji wymarzonego ogrodu, bo wyobrażam sobie ile by mi zajęło dumanie nad planowaniem... i nie wiadomo czym by to się skończyło ;)
Mając plan mogliśmy przejść do konkretów, a więc ...roboty.
Na początek wyznaczyliśmy ścieżki. Trochę sznurka poszło ;)... głównie przez to, że jakem mocno niespokojna dusza, zmieniłam troszkę projekt Kasi znacznie zwiększając ilość ścieżek. Taką juz mam naturę, że do ostatniego momentu przed realizacją planów muszę coś zmienić ... bo coś tam niespodziewanie mnie "olśni" ;) i nowy pomysł nie daje mi spać...


Potem Odys pogłębił wytyczone ścieżki, wywożąc nadmiar ziemi.


Wyłożyliśmy je agrowłókniną, żeby zabezpieczyć przed chwastami i wyznaczyliśmy ich granice obrzeżami trawnikowymi.  Tak powstałe "koryta" zostały wypełnione drobnymi kamyczkami tzw tłuczniem. 
Wcześniej marzyły mi się ścieżki ze starej rozbiórkowej cegły, ale Kasia (ta od angielskich ogrodów) przekabaciła mnie do kamyczków.
Przyznać się muszę, że po odwiedzinach jej ogrodu, a potem kilku w Irlandii, przekonałam się do tego materiału. Przede wszystkim jest naturalny i pięknie komponuje się z roślinami. Jest dla nich świetnym tłem, takim neutralnym. Poza tym tworzy warstwę mocno przepuszczalną, dzięki której po deszczu nie tworzą się kałuże a woda może zasilać rośliny rosnące wzdłuż ścieżek.




Po drodze Odys musiał jeszcze stoczyć bój z wodnymi rurami ale jakoś sobie poradził -mój bohater :)
A ja tymczasem niecierpliwie oczekiwałam przesyłki.
Trzy kartony w końcu dotarły a w nich zieleniały się sadzonki bukszpanów. Co za radość!


Mogłam w końcu zabrać się za obsadzanie rabat, bo te centralne, właśnie wymarzyłam sobie z bukszpanowymi obwódkami.
Ależ miałam frajdę, że oto stałam się właśnie ogrodniczką :) 
Nie mogłam na starcie dać plamy...pilnowałam więc siebie, żeby zawsze zielonym do góry... ;))

 

Wygląda jakby mi się udało :) ...ale zobaczymy wiosną co z tego zostanie.


 Tymczasem śmiejemy się, że mamy lądowisko dla helikopterów ;) ...bo jak na razie, to wszystko wygląda trochę tak chłodno i surowo. 
Ale jestem spokojna, bo kiedy obwódki (za jakieś 3 lata) zagęszczą się, a rabaty zapełnią warzywami i kwiatami, to efekt będzie dużo przyjemniejszy dla oka. Poza tym nie mogę się doczekać na części żwirowej ławeczki, małej szklarenki i kto wie? może jakiegoś małego domku ogrodnika. Na razie marzę sobie... :)
A poza tym jeszcze jest "niebezpieczeństwo", że jakieś licho w najmniej oczekiwanym momencie najdzie mnie i coś pozmieniam znowu...czego miałam już małą próbkę.
W prawej części ogrodu (jak na zdjęciu wyżej), wzdłuż ścieżki zaplanowane są rabaty kwiatowe.
Granice ścieżki miał wytyczać rząd bukszpanów. Tak też obsadziłam sadzonkami. 

 

No i wystarczyło kilka dni, żeby jakieś licho zaczęło mnie męczyć i namawiać na zmianę planów. 
Powyciągałam więc "za uszy" dwa rzędy bukszpanów i obsadziłam trzy pozostałe krawędzie rabat kwiatowych, tworząc zaczątki takiej jakby "sofy" ;)- oparcia dla kwiatów. Tak sobie wymyśliłam. I nie wiem czy dobrze zrobiłam... ale cóż, tak już mam...


Tym sposobem zarysy warzywniaka już widać, co bardzo nas cieszy i nastraja optymizmem.
Przed nami jeszcze sadzenie żywopłotu, który otulić ma ten ogród przed regularnie odwiedzającymi nasze wzgórze wiatrami (urywającymi głowy) 
Będzie zaciszniej, przytulniej i ...ładniej :)
Tymczasem z myślą już o wiośnie, obdarowaliśmy nasz warzywniak "złotym runem".  Okazuje się, że na wsi nie jest wcale łatwo zdobyć obornik. Co za czasy! 
 Odys w akcji. 


 Rabaty bukszpanowe pławią się więc już w tej  cudownej "odżywce" i mam nadzieję, że w przyszłym roku zdopingują moje pierwsze warzywka do satysfakcjonujących plonów :) -hehe, marzenia... marzenia...
...a klucze gęsi donośnym gęganiem żegnały nas przecinając kawałek "naszego" nieba...




sobota, 4 października 2014

Pamiętajcie o ogrodach...

Baltimore. Zabiorę Was właśnie tam...
Odwiedziłam to miejsce dzięki Kasi Bellingham . A do niej wcześniej trafiłam zupełnie przez przypadek serfując sobie w poszukiwaniu inspiracji ogrodowych. 
Ależ perełka, pomyślałam sobie o tym wirtualnym miejscu. I nie dość, że jej blog to kopalnia wiedzy ogrodniczej, której mam wielkie deficyty ;) to jeszcze okraszona jest niezwykle pięknymi fotografiami, które (podejrzewam) są zainfekowane jakimiś wirusami zarażającymi czytelników do pasji ogrodniczej. Mnie zaraziły. Fakt, że trafiając na jej bloga byłam wyjątkowo podatna na działanie takich wirusów. Kilka nocy spędziłam w tym magicznym miejscu i kiedy między wierszami odkryłam, że ogrody Kasi i Andrew muszą znajdować się gdzieś niedaleko mojej wsi, to wiedziałam, że to nie przypadek ;)  Musiałam więc zobaczyć ten raj na własne oczy.  
I kolejne marzenie mi się spełniło :) 
Kasia i Andrew są niesamowici. To wielcy pasjonaci angielskich ogrodów.  Kilka lat temu przyjechali do Polski i osiedlili się na Kaszubach.  Tu od podstaw tworzą swój raj na ziemi, jednocześnie propagując w pięknym stylu miłość do naturalnych ogrodów. 
Cieszę się ogromnie, że dane mi było ich poznać. A nie dość, że są profesjonalistami, to jeszcze na dodatek przesympatycznymi ludźmi... 
Ja to mam szczęście :)
Z racji tego, że jakiś czas pracowali w ogrodach Irlandii, i znają doskonale wiele z nich, to wybierając się na Zielona Wyspę, poprosiłam Kasię żeby mi poleciła jakieś ciekawe miejsca. Takie na czasie. Czasie, w którym szukam inspiracji do stworzenia swojego ogrodu. 
Przysłała mi listę z kilkoma interesującymi pozycjami a ja wybrałam jedno z nich- Glebe Gardens. 
Z Cork pokonaliśmy ponad 100 km, żeby trafić tam, ale warto było :)
To zdjęcie zrobiłam specjalnie dla Kasi B, żeby na gorąco zameldować jej, moją obecność w ogrodzie, który sama odwiedzała  nie raz :)


Uchylona bramka, w ślicznym kolorze blue, zapraszała do środka.


To jest to! Stwierdziliśmy zgodnie z Odysem :) kiedy przekroczyliśmy "progi" warzywnego ogrodu.
To jest coś dla nas. Ogród idealny. Stworzyć coś podobnego u siebie. ...ech, pomarzyć można :)
...ale zawsze dobrze mieć swoje ideały, bo ma się do czego dążyć :) a to przecież sens życia. Przynajmniej mojego.
Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że z tak wielką przyjemnością można spacerować po... warzywniaku. I nie chciało się mi rozstawać z tymi ścieżkami ... rabatami.











Prawda, że piękny ten ogród warzywny?  
Spacer umilał nam swoim towarzystwem przesympatyczny przewodnik ;) 
Znał doskonale wszystkie zakątki ogrodu warte obejrzenia.






I zaczynam się nieśmiało zastanawiać nad podobnym stadkiem. Odys to skwitował krótko - koniec świata! ;)
A koza-blondyna roześmiała się w głos na te moje szalone plany :)
Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni ;) ...jeszcze Wam pokażę...








Przechodząc przez ten urokliwy mostek słyszałam wyraźnie Jonasza Koftę... który wyśpiewał pięknie tę prawdę:  
"...pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście..."








...i to by było na tyle :)
Chciałam jeszcze wrzucić "parę" fotek z samego Baltimore, bo to wyjątkowo urokliwa, pod względem turystycznym miejscowość. 
Uznałam jednak, że co za dużo... 
i pewnie kiedyś jeszcze osobny wpis poświęcę właśnie na Baltimore, bo jest tam wiele pięknych widoków i atrakcji... również kulinarnych.
Kasiu, pizza w La Jolie Brise, dokładnie jak mówiłaś, była wyśmienita :) 
Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie z Kaszub, życząc udanej niedzieli. 
A ja sobie jeszcze troszkę posiedzę rozmarzona w klimatach fantasmagorii na temat mojego przyszłego warzywniaka ;)

Penelopa