... bynajmniej nie z wysp Bahama, o co podejrzewali mnie co niektórzy ;) ...może kiedyś...
Nie pławiłam się nawet w, łaskawych tego lata, promieniach słońca na naszych plażach. Mimo, że mam do nich przysłowiowy rzut beretem.
...więc co porabiałam? -a leniłam się bite 2 tygodnie ( jak przystało na porządny urlop -hłe,hłe) na szpitalnym łóżku. Mimo usilnych starań nie udało mi się wykręcić od tego aresztu. Oczywiście zabrałam jakieś wyszywanko krzyżykowe (mój niezbędnik w takich przybytkach), ale za wiele nie poszalałam. Rączki miałam zajęte prawie na okrągło kroplówkami :// Z resztą, nawet kiedy przemiłe "piguły" mnie uwalniały, to robota w rękach wcale mi się nie paliła. Normalnie jakby ktoś mi prąd wyłączył albo bateryjki wyjął z pewnego miejsca ;) ... no nic mi się nie chciało :/
Ale dosyć tego lenistwa. Nie pierwszy to raz się "posypałam", a teraz pozbierać się trzeba do kupy ;)
Otrzepuję więc swoje oklapnięte piórka i wracam... :))
A oto obiecany Kasiny pachwork.
Zdecydowałam, że mogę uznać go za ukończony... choć z chęcią posiedziałabym jeszcze przy nim "trochę" doszywając kolejne ozdobniki. Przyznaję, wciągnęła mnie ta zabawa na całego i sprawia mi ogromną frajdę zszywanie tych szmatek, mimo, że jest to niezwykle czasochłonne zajęcie. Oj, namachałam się igiełką jak chyba jeszcze nigdy :o
I w końcu mogę odhaczyć z mojej pękatej listy, ręcznie uszyty pachwork, który długo czekał na realizację.
A wszystko przez "Skrawki życia" -romans z Wininą Ryder ( oryg. "How to Make an American Quilt" 1995 )
Film, jak można się domyśleć o miłości :) . Typowy babski i chyba nawet żadna rewelacja, choć zdjęcia są naprawdę piękne i muzyka całkiem miła dla ucha. Zapadł mi głęboko w pamięci, wprost mnie zmagnetyzował. Zakochałam się ;) w .... babci głównej bohaterki i jej przyjaciółkach których pasją było szycie patchworków. Jak zaczarowana oglądałam sceny szycia niezwykłej narzuty, której motywem przewodnim są historie miłosne tych starszych pań.
...no i przepadłam z kretesem . Lata mijały, ale apetyt na zmierzenie się z tematem ręcznie szytego pachworku nie minął, choć już zaczęłam powątpiewać czy kiedykolwiek uda mi się zrealizować to marzenie.
A jednak spełniło się :))
Narzuta jest mięciutka i z pewnością przyda się również na jesienne chłody. Między warstwami wierzchnią i spodnią wyścieliłam cienką warstwę otuliny. Pikowałam oczywiście ręcznie.
Patchwork wylądował na łóżku mojej Małej Księżniczki ;)
Obawy, że dorastająca panienka niekoniecznie zaakceptuje takie infantylne motywy, okazały się zupełnie niepotrzebne. Kasia jest zachwycona :)))
...a ja już mam pomysł na kolejny pachwork, taki bardzo wyjątkowy, osobisty. Zainspirowana filmem chciałabym zszywanymi skrawkami materiału opowiedzieć swoją historię miłosną. Szeroko się uśmiecham już do samego projektu :) ...ale nie będę się z nim śpieszyła. Przeznaczę na niego kilka lat ...bo mam pewien plan... ale cicho sza! ;)
Tymczasem pozdrawiam wszystkich odwiedzających mój wirtualny zakątek serdecznie i cieplutko.
W najbliższych dniach mam nadzieję uporać się z zaległościami korespondencyjnymi, również blogowymi...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pachwork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pachwork. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 sierpnia 2010
wtorek, 29 czerwca 2010
Ostatni dzwonek ... bynajmniej nie szkolny
...chyba to rzeczywiście ostatni dzwonek na zrealizowanie mojego projektu sprzed trzech lat, kiedy to z okazji Dnia Dziecka zdekupażowałam mojej Kasi ikeowski regał
... a tak wyglądał przed liftingiem
Postanowiłam wtedy, niejakoby do kompletu uszyć narzutę na łóżko córci. Wymyśliłam sobie, ze będzie to patchwork z aplikacjami w stylu obrazków, które wykorzystałam do ozdobienia ikeowskich pojemników. Pomysł wydawał się przedni i chciałam go jak najszybciej zrealizować. Zaczęłam odwiedzać "ciuchownie" w poszukiwaniu odpowiednich tkanin. Szmateczek przybywało, a ja wciąż zaprzątnięta byłam innymi robótkami. Co jakiś czas obiecywałam sobie, że muszę się w końcu zabrać za ten patchwork ... ale na obiecywankach się kończyło ...
Wyjeżdżając dwa miesiące temu do Jantara na rehabilitację zastanawiałam się co mam ze sobą zabrać do dłubania. Zwykle zabieram jakiś haft krzyżykowy. Niestety od roku nie wyszywam. Moje oczęta odmówiły mi posłuszeństwa i najwyraźniej domagają się wspomagaczy. Nie cierpię okularów, więc ociągam się jak mogę z wizytą u okulisty. Jakoś mi zawsze nie po drodze ;)
Wyszywanek więc nie mogłam spakować na wyjazd. Przeleciało mi przez głowę szydełko. Pomysł wydawał się idealny. Mogłabym w końcu zabrać się za wymarzony pled z szydełkowych kwadracików. Niestety, nie miałam w domu interesujących mnie kolorów włóczek, a że zawsze niepoprawnie pakuję się na ostatnią chwilę, to i czasu nie było na zakupy. No i kicha! Już wyglądało na to, że trzy tygodnie będę musiała błogo leniuchować, kiedy zaświtała mi myśl, że może w końcu zabiorę się za ten nieszczęsny patchwork. Teraz albo nigdy.
To naprawdę ostatni dzwonek, żeby Kasia zaakceptowała w swoim pokoju takie infantylne dekoracje. Moje najmłodsze dziecię dorośleje w zastraszającym tempie. Ech,ten czas naprawdę zbyt szybko biegnie :(
Zapakowałam więc ochoczo dwie dodatkowe torby wypełnione po brzegi szmatkami we wszystkie możliwe desenie i pojechałam z postanowieniem, że wrócę z ukończonym pachworkiem jako prezentem na tegoroczny Dzień Dziecka.
Plany były bardzo ambitne,ale życie poszło troszkę innymi drogami i pomimo, że dziubałam kolejne aplikacje niemalże w każdej wolnej chwili, nie udało mi się ich połączyć w jedną całość.
Nie dość, że wróciłam do domu bez gotowej narzuty, to jeszcze zupełnie bez chęci i sił na jej ukończenie. ...cóż, i tak czasem bywa.
... ale dosyć tego lenistwa. Postanowiłam, że do czasu kiedy córcia bawi na Odysowych wyspach, dokończę ten projekt. Mam nadzieję, że teraz w końcu mi się uda.
Niby wystarczy pozszywać te 18 kwadratów z naszytymi aplikacjami i gotowe, ale znając siebie długo będę dumała jak to zrobić. Już kilkanaście wersji odrzuciłam i kombinuję dalej ... a czas ucieka.
...chyba powinnam skończyć tą pisaninę i zabrać się do roboty.
Przesyłam więc Wam wszystkim serdeczne pozdrowienia i zaszywam się w swojej pracowni ... by uszyć w końcu ten nieszczęsny pachwork ;)
...i przepraszam za jakość zdjęć...
... a tak wyglądał przed liftingiem
Postanowiłam wtedy, niejakoby do kompletu uszyć narzutę na łóżko córci. Wymyśliłam sobie, ze będzie to patchwork z aplikacjami w stylu obrazków, które wykorzystałam do ozdobienia ikeowskich pojemników. Pomysł wydawał się przedni i chciałam go jak najszybciej zrealizować. Zaczęłam odwiedzać "ciuchownie" w poszukiwaniu odpowiednich tkanin. Szmateczek przybywało, a ja wciąż zaprzątnięta byłam innymi robótkami. Co jakiś czas obiecywałam sobie, że muszę się w końcu zabrać za ten patchwork ... ale na obiecywankach się kończyło ...
Wyjeżdżając dwa miesiące temu do Jantara na rehabilitację zastanawiałam się co mam ze sobą zabrać do dłubania. Zwykle zabieram jakiś haft krzyżykowy. Niestety od roku nie wyszywam. Moje oczęta odmówiły mi posłuszeństwa i najwyraźniej domagają się wspomagaczy. Nie cierpię okularów, więc ociągam się jak mogę z wizytą u okulisty. Jakoś mi zawsze nie po drodze ;)
Wyszywanek więc nie mogłam spakować na wyjazd. Przeleciało mi przez głowę szydełko. Pomysł wydawał się idealny. Mogłabym w końcu zabrać się za wymarzony pled z szydełkowych kwadracików. Niestety, nie miałam w domu interesujących mnie kolorów włóczek, a że zawsze niepoprawnie pakuję się na ostatnią chwilę, to i czasu nie było na zakupy. No i kicha! Już wyglądało na to, że trzy tygodnie będę musiała błogo leniuchować, kiedy zaświtała mi myśl, że może w końcu zabiorę się za ten nieszczęsny patchwork. Teraz albo nigdy.
To naprawdę ostatni dzwonek, żeby Kasia zaakceptowała w swoim pokoju takie infantylne dekoracje. Moje najmłodsze dziecię dorośleje w zastraszającym tempie. Ech,ten czas naprawdę zbyt szybko biegnie :(
Zapakowałam więc ochoczo dwie dodatkowe torby wypełnione po brzegi szmatkami we wszystkie możliwe desenie i pojechałam z postanowieniem, że wrócę z ukończonym pachworkiem jako prezentem na tegoroczny Dzień Dziecka.
Plany były bardzo ambitne,ale życie poszło troszkę innymi drogami i pomimo, że dziubałam kolejne aplikacje niemalże w każdej wolnej chwili, nie udało mi się ich połączyć w jedną całość.
Nie dość, że wróciłam do domu bez gotowej narzuty, to jeszcze zupełnie bez chęci i sił na jej ukończenie. ...cóż, i tak czasem bywa.
... ale dosyć tego lenistwa. Postanowiłam, że do czasu kiedy córcia bawi na Odysowych wyspach, dokończę ten projekt. Mam nadzieję, że teraz w końcu mi się uda.
Niby wystarczy pozszywać te 18 kwadratów z naszytymi aplikacjami i gotowe, ale znając siebie długo będę dumała jak to zrobić. Już kilkanaście wersji odrzuciłam i kombinuję dalej ... a czas ucieka.
...chyba powinnam skończyć tą pisaninę i zabrać się do roboty.
Przesyłam więc Wam wszystkim serdeczne pozdrowienia i zaszywam się w swojej pracowni ... by uszyć w końcu ten nieszczęsny pachwork ;)
...i przepraszam za jakość zdjęć...
Etykiety:
Pachwork
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















