sobota, 4 października 2014

Pamiętajcie o ogrodach...

Baltimore. Zabiorę Was właśnie tam...
Odwiedziłam to miejsce dzięki Kasi Bellingham . A do niej wcześniej trafiłam zupełnie przez przypadek serfując sobie w poszukiwaniu inspiracji ogrodowych. 
Ależ perełka, pomyślałam sobie o tym wirtualnym miejscu. I nie dość, że jej blog to kopalnia wiedzy ogrodniczej, której mam wielkie deficyty ;) to jeszcze okraszona jest niezwykle pięknymi fotografiami, które (podejrzewam) są zainfekowane jakimiś wirusami zarażającymi czytelników do pasji ogrodniczej. Mnie zaraziły. Fakt, że trafiając na jej bloga byłam wyjątkowo podatna na działanie takich wirusów. Kilka nocy spędziłam w tym magicznym miejscu i kiedy między wierszami odkryłam, że ogrody Kasi i Andrew muszą znajdować się gdzieś niedaleko mojej wsi, to wiedziałam, że to nie przypadek ;)  Musiałam więc zobaczyć ten raj na własne oczy.  
I kolejne marzenie mi się spełniło :) 
Kasia i Andrew są niesamowici. To wielcy pasjonaci angielskich ogrodów.  Kilka lat temu przyjechali do Polski i osiedlili się na Kaszubach.  Tu od podstaw tworzą swój raj na ziemi, jednocześnie propagując w pięknym stylu miłość do naturalnych ogrodów. 
Cieszę się ogromnie, że dane mi było ich poznać. A nie dość, że są profesjonalistami, to jeszcze na dodatek przesympatycznymi ludźmi... 
Ja to mam szczęście :)
Z racji tego, że jakiś czas pracowali w ogrodach Irlandii, i znają doskonale wiele z nich, to wybierając się na Zielona Wyspę, poprosiłam Kasię żeby mi poleciła jakieś ciekawe miejsca. Takie na czasie. Czasie, w którym szukam inspiracji do stworzenia swojego ogrodu. 
Przysłała mi listę z kilkoma interesującymi pozycjami a ja wybrałam jedno z nich- Glebe Gardens. 
Z Cork pokonaliśmy ponad 100 km, żeby trafić tam, ale warto było :)
To zdjęcie zrobiłam specjalnie dla Kasi B, żeby na gorąco zameldować jej, moją obecność w ogrodzie, który sama odwiedzała  nie raz :)


Uchylona bramka, w ślicznym kolorze blue, zapraszała do środka.


To jest to! Stwierdziliśmy zgodnie z Odysem :) kiedy przekroczyliśmy "progi" warzywnego ogrodu.
To jest coś dla nas. Ogród idealny. Stworzyć coś podobnego u siebie. ...ech, pomarzyć można :)
...ale zawsze dobrze mieć swoje ideały, bo ma się do czego dążyć :) a to przecież sens życia. Przynajmniej mojego.
Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że z tak wielką przyjemnością można spacerować po... warzywniaku. I nie chciało się mi rozstawać z tymi ścieżkami ... rabatami.











Prawda, że piękny ten ogród warzywny?  
Spacer umilał nam swoim towarzystwem przesympatyczny przewodnik ;) 
Znał doskonale wszystkie zakątki ogrodu warte obejrzenia.






I zaczynam się nieśmiało zastanawiać nad podobnym stadkiem. Odys to skwitował krótko - koniec świata! ;)
A koza-blondyna roześmiała się w głos na te moje szalone plany :)
Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni ;) ...jeszcze Wam pokażę...








Przechodząc przez ten urokliwy mostek słyszałam wyraźnie Jonasza Koftę... który wyśpiewał pięknie tę prawdę:  
"...pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście..."








...i to by było na tyle :)
Chciałam jeszcze wrzucić "parę" fotek z samego Baltimore, bo to wyjątkowo urokliwa, pod względem turystycznym miejscowość. 
Uznałam jednak, że co za dużo... 
i pewnie kiedyś jeszcze osobny wpis poświęcę właśnie na Baltimore, bo jest tam wiele pięknych widoków i atrakcji... również kulinarnych.
Kasiu, pizza w La Jolie Brise, dokładnie jak mówiłaś, była wyśmienita :) 
Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie z Kaszub, życząc udanej niedzieli. 
A ja sobie jeszcze troszkę posiedzę rozmarzona w klimatach fantasmagorii na temat mojego przyszłego warzywniaka ;)

Penelopa 

czwartek, 25 września 2014

Angielskie ogrody

Zgodnie z zapowiedzią zapraszam Was na kolejny spacer.
Tym razem do Ballymaloe. Ogrody o nieco innym charakterze niż te w Blarney. Takie bardziej sielskie, swojskie, jak najbardziej pasujące do krajobrazu wsi...
Właśnie z tego powodu wzbudziły u mnie zrozumiały entuzjazm :)

Ogrody te są pięknym tłem i... spiżarnią dla znanej w całej Irlandii szkoły gotowania.


Wchodzi się do nich przez budynek sklepu z organiczną żywnością i akcesoriami kuchennymi.


Mijamy pomieszczenia szkoły i już jesteśmy w królestwie zieleni.







Farmerski charakter ogrodów podkreślał dostojnie spacerujący tu i ówdzie barwny drób.





Sad zaskoczył nas różnorodnością kształtów.
Drzewka owocowe prowadzone w formie szpalerów, łuków, tuneli robią wrażenie. A podobno również mają lepsze szanse na wytworzenie większej ilości zdrowych owoców.








Nieopodal sadu odpowiednik naszego warzywniaka zaprasza w swe progi. Forma tych przydomowych ogrodów, pełniących rolę pachnącej spiżarni, oferującej na wyciągnięcie ręki świeże warzywa, jakże różni się od zagonków, do których przywykliśmy.  Użyteczny charakter tych ogrodów, jak się okazuje może być zamknięty w pięknych ramach. Może tworzyć malownicze zakątki z urokliwymi ławeczkami, gdzie chce się przysiąść i cieszyć pięknymi obrazami roztaczającymi się przed nami, odpoczywać...









Idąc dalej w stronę kolejnego ogrodniczego dzieła sztuki, możemy przystanąć na partyjkę szachów.


I już kolejny ogród zaskakuje nas swoim urokiem.
Ogród ziołowy.
Perfekcyjna geometria bukszpanowych obwódek budzi podziw i szacunek dla opiekujących się nimi ogrodników.






Pogoda nam sprzyjała i zupełnie nie pasowała do utartych opinii o aurze na Zielonej Wyspie, gdzie niby chmury i opady towarzyszą niemal każdego dnia. To niebywałe, ale zaliczyliśmy 10 pięknych słonecznych dni... a to wielka gratka przy zwiedzaniu ogrodów. Momentami nawet narzekałam na to beztroskie skwarne wręcz słońce, które mnie, kiepskiemu fotografowi skutecznie utrudniało w dokumentowaniu naszych wędrówek.




...a to wciąż nie koniec atrakcji :)
Przemierzając niekończące się ścieżki trafiliśmy do grabowego labiryntu. Sama z moją kiepską orientacją w terenie, z pewnością bym się zgubiła, ale mając nawigatora z dyplomem przy boku ;) mogłam gwizdać na zagmatwane alejki.


A kiedy szczęśliwie pokonaliśmy tą plątaninę ścieżek, wyszliśmy na rozległą "dziką" łąkę, na którą wypełzł  wiklinowy, rozczochrany smok ;)


Nieopodal zaintrygowała nas, niepozorna na pierwszy rzut oka, murowana altanka.
Zaciekawieni weszliśmy do środka i... oniemieliśmy. Całe wnętrze misternie wyłożone było różnej maści muszlami. Ściany ozdabiały geometryczne muszelkowe kasetony. Sufit zwieńczony rozetą z muszelek. Podłoga wyłożona małymi kamyczkami, a na środku oczko wodne.
Niestety zdjęcia nie oddają klimatu tego zakątka. Wyszły jakieś kiczaste... szkoda.
A może ten klimat nie daje się uchwycić żadnemu obiektywowi? Może to są klimaty do odbierania tylko na żywo? ... i może dobrze, że tak jest...




I czas przyszedł na piękną aleję bylinową, mieniącą się jesiennymi barwami.








Nasz spacerek zatoczył wielkie koło i wróciliśmy do punktu wyjścia.



I znowu wpis okazał się tylko dla wytrwałych entuzjastów ogrodów, bo nie potrafiłam trzymać się w ryzach przyzwoitości przy wyborze zdjęć.
...ale może dzięki temu, ktoś znajdzie w tej ilości jakąś inspirację do swojego ogrodu.  Będzie mi niezmiernie miło :)
Za niedługo relacja z trzeciego magicznego miejsca ogrodowego, które odwiedziłam dzięki Kasi Bellingham. Ech, warto było ;)