niedziela, 20 grudnia 2015

Tak, dla wprowadzenia, choć symbolicznego klimatu świątecznego na moim blogu pokażę Wam moją tegoroczną produkcję pierniczków.




I przyznam się, że ta misterna krateczka nie chciała mi wychodzić od razu. Miałam wręcz wrażenie, że w ubiegłym roku szło mi od początku znacznie łatwiej.
Może to wina fizycznej pracy w ogrodzie, która odcisnęła swoje piętno. W końcu gabaryty szpadla i grabi znacznie odbiegają od igły czy pędzelka.
No wiec nie obyło się bez nocnych frustracji, kiedy z pokorą musiałam ćwiczyć swoją niecierpliwą rękę. Lukier też nie chciał współpracować. Mimo, że wydawało mi się, że robiłam go identycznie jak w ubiegłym roku, to był jakiś niesforny. Cóż, pozostał mi stary sprawdzony przepis na wszystko - metoda prób i błędów. Polecam ją wszystkim. Uczy cierpliwości, pokory i daje mnóstwo radosnej satysfakcji, kiedy w końcu zaczyna wychodzić :)
A z największych dołów wyciągnęły mnie na powierzchnię te pogodne osobniki, których naprodukowałam całą armię, która natychmiast się rozpierzchła.


Z gwiazdkami też się przyjemnie pracowało.




Reniferów też nie mogło zabraknąć ;)



...i już na koniec przedstawię moją autorską ;) kolekcję zimowych rękawiczek. Jak Wam się podoba?


Dopijając kawę w lęborskiej kafejce żegnam się przedświątecznie, życząc wszystkim odwiedzającym moje progi, pięknie przeżytych Świąt Bożego Narodzenia i radosnego kolędowania Maleńkiemu.

Wasza Penelopa :)

poniedziałek, 30 listopada 2015

Słowo się rzekło... raport ogrodowy u płota.



...ledwie zdążyłam... :)
Czekałam na nudę... na przypływ tzw czasu wolnego, który niczym niespodziewana wygrana w loterii czasem spada na człowieka ledwie wiążącego finansowy koniec z końcem.
Bo ja właśnie cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu, i dokładnie: ledwie wiążę koniec każdego dnia z kolejnym.
Liczyłam na to, że jak się skończy letni sezon, który pokazał mi co to znaczy zostać ogrodniczką ( a o czym, jak się okazało pojęcia zielonego nie miałam), to jesienią znajdę czas na powrót do blogowania.
Jesień jednak nie ofiarowała mi zwolnienia tempa życia. W domu, ogrodzie, wciąż czekała na mnie jakaś robota... a ja czekałam na Odysa...
 Dodatkowo każdego dnia musiałam, chcąc nie chcąc, wykręcić za kółkiem ponad 200 km. Tyle wychodzi po dwóch kursach do Gdyni, które musiałam zaliczać odwożąc dziecię moje najmłodsze do szkoły i ze szkoły. Nie było lekko, tym bardziej, że jeździć musiałam  w czasie najmniej przyjaznym prowadzeniu samochodu tzn w korkach.
 Niezaprzeczalny urok kaszubskich krajobrazów w końcu przestał na mnie działać orzeźwiająco i 1-ego czerwca,  wracając do domu zmęczona i znudzona... usnęłam sobie za kierownicą... robiąc Kasi ekstremalny prezent z okazji dnia dziecka. Próba wykorzystania czterokołowego pojazdu do latania, skończyła się mocnym upadkiem. Wcześniej zaliczyłyśmy dachowanie, z którego jeszcze nasz wehikuł odbił się stylowo i wylądował na boku kilkanaście centymetrów przed pokaźnym drzewem( które pewnie nie miałoby dla nas litości) w kipiącym świeżą zielenią lesie. Nawet przebiegła mi przez głowę myśl, że oto obudziłam się w raju ... ;)
Nie rozwijając tego tematu powiem tylko, że miałyśmy naprawdę Wielkie Szczęście. Samochód poszedł do kasacji a my całe, praktycznie bez draski wygramoliłyśmy się cudem o własnych siłach.
Tak to jest, gdy człowiek marzy o nudzie ;)
Nuda najwyraźniej mi nie pisana póki co. Wciąż się dzieje! ...Nadmienię tylko, że po raz kolejny zostałam babcią :D Gromadka urwisów powiększyła się o Kubusia - piątego w kolejności wnusia. Sama radość! :) Cieszyłam się i... czekałam na Odysa.
Przez samym Jego przyjazdem jeszcze urozmaiciłam sobie moje szare dni, wizytą Kasi na oddziale ortopedii. Pokroili jej nóżkę i zapakowali w gips na 6 tygodni coby "kózka nie skakała"...
Sami przyznacie, że na brak emocji nie mogę narzekać.
To tak tytułem wstępu.
Ale post ten przecież miał wypełnić temat ogrodowy... więc przywołuję się do porządku.
Mój pierwszy sezon ogrodowy właśnie dobiega końca. Już mniej więcej wiem ... jak mało wiem  ;) w tym temacie i jak dużo nauki mnie czeka... i lekcji pokory wobec natury i treningu cierpliwości ( ot chociażby w oczekiwaniu na piękny żywopłot).
Wiosną ochoczo, z ciekawością małego dziecka rozpoczęłam kolejną przygodę życia. Ogrodnictwo.
Pod okiem samej mistrzyni, Kasi Bellingham siałam moje pierwsze nasionka ( a były to, doskonale pamiętam, nasiona karczochów) zaczyn do mojego łysego ogrodu. O nie byłam spokojna. Musiały wzorowo wykiełkować. Oko i ręka Mistrza robi swoje ;)


Odys w tym czasie zabrał się za budowę skrzyń do podwyższonych rabat.


Szybko przesiedliłam do nich tymczasowo truskawki. Tymczasowo, bo rosły sobie w miejscu, gdzie teraz zaplanowaliśmy jagodnik. Gdzie wylądują w przyszłym roku? - nie mam pojęcia.


A sad tymczasem puścił do nas oko bujnym kwieciem. To wyjątkowo piękny czas i już teraz czekam na kolejne podobne widoki.


W ogrodzie również powiało optymizmem. Zasadzone jesienią cebule pokazały swoją twarz :)


Trzeba przyznać, że takie obrazki w listopadową chłodną noc poprawiają  wyraźnie nastrój. I ciśnie się krótkie westchnięcie: oby do wiosny!


Oby do wiosny... i niech tylko będzie ona trochę łaskawsza dla mnie niż była w tym roku.
Bo kiedy wszyscy ogrodnicy na hura(!) wyszli do swoich ogrodów, ja utknęłam w blokach. Moje zdrowie strzeliło focha i chcąc nie chcąc musiałam spasować.
Już myślałam, że cały sezon będę miała "w plecy"...ale nie było tak źle. 
Z miesięcznym opóźnieniem wyruszyłam i ja ze swoimi grabkami i szpadelkiem ;) ...tak bardziej dla treningu, bo nie do końca wierzyłam w swoje powodzenie na tym polu. Nie dość, że zielona, to jeszcze opóźniona :/ gorzej już być nie mogło.
Długo musiałam czekać aż na moich grządkach się zazieleniło.  
W końcu cierpliwość moja została  wynagrodzona.



Najwięcej emocji zafundowały mi chyba pomidory.
Na początku, już na etapie siewek. Na parapecie rosły jak szalone. Były coraz wyższe, co mnie początkowo cieszyło i... coraz cieńsze, co mnie z kolei martwiło. Krótko mówiąc, targały mną mieszane uczucia ;)
Nocami siedziałam w internecie szukając rady co z tym fantem robić. Czy można jeszcze ratować...  czy już tylko na kompost... 
Doczytałam w końcu, że dochowałam się "wybiegniętych" siewek, które tak kończą bądź na skutek za wysokiej temperatury, albo zbyt małej ilości światła.



Niektórzy w takim wypadku po prostu sieją nowe nasiona. 
Mi było najzwyczajniej szkoda. W końcu to moje pierwsze... Postanowiłam wypróbować sposobu ratowania tych bidulków. 
Przesadzając je do pojedynczych doniczek (to się nazywa pikowanie) zakręcałam im delikatnie przydługie łodyżki tak, aby schowały się pod ziemią. 




łodyżki tak "zakopane" po pewnym czasie się ukorzenią, a roślina ma szansę wzmocnić się.
No i wyrosły mi takie "okazy" ;)




Nie wiem, czy jest czym się chwalić, ale ja czułam się jak bohater ;)


TO NIE KONIEC...
To nie koniec emocji pomidorowych.
Kiedy już zasadziłam je na grządki, mój znajomy skwitował to zdziwieniem i dowiedziałam się, że niby pomidory w gruncie to tylko wychodzą doświadczonym ogrodnikom, którzy potrafią walczyć z ich chorobami. No i strach padł na moment na zieloną całkiem ogrodniczkę. Ale przecież nie będę wierzyć w takie gadanie ;)
Obserwowałam z przejęciem  jak sobie radzą te krzaczki na moim wichrowym wzgórzu. Przez parę pierwszych tygodni zafundowałam im nawet osłonki z agrowłókniny przed wiatrzyskiem. 
Rosły jak na drożdżach, więc się cieszyłam niezmiernie. Zgodnie z radami doświadczonych internetowych ogrodników usuwałam regularnie nadprogramowe pędy, podwiązywałam do podpórek i czekałam na owoce moich starań.
Dopiero blogowe koleżanki, chwaląc się pierwszymi rumieńcami na swoich pomidorach wyprowadziły mnie z równowagi. 
Na moich krzaczkach były tylko kwiatki! Żadnych owoców! Nawet najmniejszych zielonych. 
Porażka! Uznałam, że chyba za mało owadów jeszcze o moim warzywniaku się dowiedziało ;), no i kwiaty najwyraźniej nie zostały zapylone. Co za pech :/
Gdzieś doczytałam się, że potrząsając krzaczkami można wspomóc zapylanie, więc z przejęciem tarmosiłam biedne, niczemu niewinne rośliny. Co się nie robi, żeby zjeść swojego pomidora ;)
Zapomniałam całkiem, że przecież one opóźnione są! Więc musiałam się uzbroić w cierpliwość. W połowie sierpnia już byłam spokojna. 




-w najgorszym wypadku skończy się na tym, że zrobię sobie pół spiżarni konfitur z zielonych pomidorów -myślałam sobie. Dobre i to ;)
Jednak w/w konfitur (mniam, jakie pyszne!) udało mi się zrobić znacznie mniej, bo w końcu i u mnie na krzaczkach zielone owoce zaczęły się nieśmiało rumienić.
Jako pierwsze, humor mi poprawiły pomidory koktajlowe :)


Potem na hura inne :)



Ja wyobrażam sobie, że dla wielu z Was, tych kilka zdjęć pomidorów pod rząd to lekka przesada... ale żebyście wiedzieli jak ja się cieszyłam :))  to byście mi wybaczyli...





...ale kiedyś wszystko się kończy.
 I mi w końcu wypadło zanucić tęskną nutę za przesympatycznymi Starszymi Panami ...
  
"Minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i
ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal
Nie żałuję letnich dzionków, róż, poziomek i skowronków
Lecz jednego, jedynego jest mi żal

Addio pomidory
Addio ulubione
Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół
Nadchodzą znów wieczory sałatki niejedzonej
Tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół..."



Jak na pierwszy post, po tak długiej przerwie, to chyba wystarczy... choć tematu ogrodowego nie wyczerpałam jeszcze.
Jak się zmobilizuję, to może jeszcze drugą część sprawozdania zmontuję.          
Sie zobaczy ;) 
 A tymczasem świta już, więc pozdrawiam wszystkich serdecznie i ...zmykam.
Penelopa :) 

piątek, 2 stycznia 2015

Misie dwa :)

Przyznacie, że dawno misie nie gościły u mnie. 
Było to tak dawno temu, że pewnie niektórzy z Was w ogóle nie kojarzą mnie z nimi.
A tymczasem powstała kolejna para. Tak już mam, że mam słabość do par ;) 
Nie nacieszyłam się jednak długo ich towarzystwem. A chciałam jeszcze ich jakoś przyodziać ...
Ledwie stanęły na nogi, zaraz czmychnęły gdzieś w pobliskie lasy. Widać moje wnętrza im nie leżały :)
Dobrze, że pozwoliły pstryknąć sobie chociaż  parę zdjęć. Będę miała pamiątkę :)


A teraz pozwólcie na prezentację solo
Ona...


...i On.




Chyba pasują do siebie?



Przyznam się, że wyjątkowo trudno było mi się z nimi rozstawać... ale siłą nie miałam sumienia ich zatrzymywać.


To był taki mały przerywnik w moich poważniejszych działaniach.
Po pracach ogrodowych zabrałam się za... meblowanie. Przede mną ciężka przeprawa. 
Pozdrawiam Was serdecznie z wietrznych dziś mocno Kaszub.
Penelopa

wtorek, 30 grudnia 2014

rozważania na koniec roku... o blogowaniu i komentowaniu.


Do publikacji tego wpisu sprowokowała mnie sytuacja z wczoraj... nie daje mi spokoju.
Jedna z moich blogowych koleżanek,  podzieliła się swoimi wątpliwościami co do dalszego prowadzenia bloga
Powodem takiego kroku był fakt, że Ania stwierdziła duży spadek zainteresowania jej poczynaniami, którymi się dzieliła w miejscu, które stworzyła ponad pięć lat temu. W sytuacji drastycznego spadku odwiedzin i komentarzy doszła do wniosku, że " nie widzi sensu  w podtrzymywaniu sztucznie przy życiu z lekka obumarłego, de facto, organizmu."
Oczywiście odezwały się zaraz głosy sprzeciwu. Dziewczyny przekonywały Anię, żeby zmieniła decyzję i nie zamykała bloga. Argumentacje były różne. Różne komentarze. Ale jeden wyjątkowo mnie poruszył.
Jedna z blogerek napisała:
 "Szkoda, że zamykasz. Z drugiej strony ciśnie się pytanie czy prowadziłaś tego bloga tylko dla popularności i ilości wejść i komentarzy????"

 Nie wiem, może źle zrozumiałam, ale wyczułam w tych słowach jakąś szpilę. Prawie dotknął mnie osobiście. Musiałam wyrazić swoje zdanie.

"...a z trzeciej strony ciśnie się taka smutna refleksja, że w dzisiejszym świecie ludzie coraz bardziej nastawieni są na branie. To trochę w moim odczuciu pachnie zwykłym egoizmem. Kiedy któraś z blogerek rozważa zakończenie blogowania, to podnosi się wrzawa. Wtedy nawet podglądacze, którzy z reguły nie komentują, wysilają się na kilka słów wyrażających niezadowolenie z tego faktu. No bo przecież tak chętnie zaglądają, podpatrują, cieszą oczy a czasem i uczą się wiele. A nie piszą komentarzy, bo ... "nie mają czasu" albo po prostu im się nie chce... bo wolą tę minutę czy dwie (ile zajmuje przeciętny komentarz) przeznaczyć na zaliczanie kolejnych blogów. 
A przecież i tak całego internetu nie "podglądną".
Mało chyba kto się zastanawia ile czasu kosztuje przygotowanie wpisu. Zrobienie w miarę dobrych zdjęć, ich obróbka, napisanie tekstu, takiego co to ma "ręce i nogi" ;)
Oczekiwanie jakiegoś odzewu w komentarzach nie jest wcale objawem próżności, której zależy na jakiejś "popularności". To po prostu barometr odbioru naszych poczynań. To namiastka nawiązania jakichś relacji z naszymi czytelnikami/obserwatorami. To dowód na to, że nie piszemy "do ściany". To wreszcie tak budująca świadomość, że odwiedzają mój blog osoby którym TEŻ SIĘ CHCE w jakiś symboliczny sposób podziękować za przekazywanie przeze mnie treści, wiedzę, pomysły, za mój poświęcony czas dla nich.
Czy takie oczekiwania są naganne?
Być może jestem starej daty bo ważne dla mnie są takie ludzkie odruchy ...nawet w tym podobno bezdusznym internecie. Ale prawda jest taka, że to ludzie korzystający z internetu tworzą go takim jakim jest.
Niedawno zostałam namówiona na zaistnienie na fb. Lubię poznawać "nowe". Założyłam konto. Ale poczułam się tam jak na wielkim targowisku. Wszystko się dzieje zbyt szybko, zbyt "hałaśliwie" zbyt płytko.
Blogi mają, jak dla mnie, o wiele przyjaźniejszy klimat. To miejsce, które tworzę z największą starannością i czekam na "gości" w nadziei, że oprócz takich co to tylko mocno zaciekawieni co tym razem można podglądnąć i przebiegną przed moim nosem bez "dzień dobry" czy przyjaznego uśmiechu... że oprócz takich, znajdą się i tacy którzy przysiądą na chwilkę, zagadają, pozdrowią... dając dowód na to, że świat jeszcze całkowicie nie zwariował, że dobre maniery można stosować też w tym nowoczesnym medium, jakim jest internet.
Czy naprawdę to tak wiele? :(
Przyznam, że jeśli zupełnie spadnie zainteresowanie moim blogowaniem, jeśli właśnie pod moimi kolejnymi postami zabraknie odzewu ze strony obserwatorów, to po prostu zakończę swoją działalność na tym polu. Pisać tylko dla siebie, dla upamiętnienia moich poczynań to mogę na wiele innych sposobów.
Idea blogowania polega właśnie na utrzymywaniu relacji z obserwatorami. Takie jest moje zdanie."

Trochę smutno mi się zrobiło, bo uważam, że zaniechanie przez Anię publikowania nowych postów, w których dzieli się swoją wyjątkową twórczością, byłoby dużą stratą dla naszego blogowego podwórka.
Ale z drugiej strony jestem w stanie ją zrozumieć. Sama zaliczyłam już kilka zwątpień i poważnie się zastanawiałam czy ciągnąć dalej to moje blogowanie. Powodów było wiele... chociażby taki najbardziej prozaiczny: kiedyś wszystko się kończy...
Wiem, że to tylko jakiś etap. Nie wyobrażam sobie, że będę czynną blogerką do końca moich dni ;) Pewnie kiedyś zabraknie mi tematów, z którymi chciałabym się podzielić... pewnie kiedyś skończy się wena... może i chęci...może mój stan zdrowia, który jest bardzo kapryśny zaciśnie mocniej swoje szpony i najzwyklej nie będę miała siły ani głowy na tworzenie... to są niektóre z powodów które wychodzą tylko ode mnie.
Ale zdaję sobie również sprawę z tego, że mogę zamknąć swoją blogową działalność wtedy, gdy uznam, że nie ma zainteresowania tym miejscem, które stworzyłam.  Kiedy stracę obserwatorów, kiedy umilkną komentarze... 
Nie będę rozpaczać. Z poczuciem pięknie przeżytej wirtualnej przygody zamknę ten rozdział i odejdę. 
Nigdy nic nie robię na siłę. Nie znoszę nachalności. 


Myślę, że blogi w jakiś sposób zmieniają świat. Rozpowszechniają informacje z dużą skutecznością.
Przekazują wiele wartości, tych niewidzialnych intelektualnych, moralnych... i tych namacalnych, ot chociażby w tematach rękodzielniczych. Sama wiele zawdzięczam blogom. Wiele się nauczyłam, zainspirowałam i zmotywowałam do własnej twórczości. W pewnym momencie stwierdziłam, że to nie fair tylko brać  nie dając nic w zamian. Przecież gdyby wszystkim się nie chciało, to świata blogowego by nie było i nie zyskałabym tylu nowych pasji i umiejętności. Stwierdziłam, że powinnam coś dać od siebie. Tak dla równowagi w przyrodzie ;)
Nieśmiało zaczęłam przygodę blogową. Okazało się, że i ja mogę inspirować a dodatkowo dzięki blogowaniu poznałam wiele wyjątkowych dziewczyn. Niezwykle zdolnych i wartościowych. A od samego początku motorem napędzającym mnie były właśnie komentarze.
To one niejednokrotnie dodawały mi skrzydeł i mobilizowały do nowych wyzwań. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bloga bez komentarzy. I nie są one dla mnie potrzebne do zaspokojenia jakiejś popularności. Popularność nigdy nie była mi potrzebna do szczęścia.  
Szczęście znajduję znacznie bliżej. Pod dachem mojego domu :)

 Nie wiem czy mój sposób rozumowania jest popierany przez inne blogerki. Nie wiem czy w czystej postaci tylko obserwatorzy (tacy co nie prowadzą blogów) zastanawiają się czasem nad swoją postawą.
Może faktycznie jestem staroświecka i coraz mniej pasuję do tego "informatycznego" świata, który coraz szybciej pędzi i nie ma czasu na jakieś przyjazne, ludzkie odruchy. 

 Tylko dokąd on pędzi??? :(


piątek, 26 grudnia 2014

Święta sypnęły śniegiem ...jak na zawołanie :)

Za oknem biało.


...a jeszcze przed wigilią było soczyście zielono.
Pierwszy raz nie kupowaliśmy choinki ;) Wybór padł na jedną z najbidniejszych z naszego  brzozowego gaju.


...dostała swoje "5 minut" ...ostatnie. Kasia dokończyła dzieła, przystrajając jej liche gałązki.


Moja kochana siostra na taki obrazek wybuchnęła niepohamowanym śmiechem...  niedobra!
...ale już widok za oknem dla odmiany...oczarował ją.
Nie mogło być inaczej :)






Tak więc scenerię za oknem w tym roku mam piękną... jak przystało na świąteczny pejzaż :)

A czy u Was zima również stanęła na wysokości zadania? Sypnęła biały puchem?...

Pozdrawiam świątecznie :)
Penelopa.

wtorek, 23 grudnia 2014

Święta tuż, tuż...

...a ja jakoś ich do końca nie czuję.
I nie pomaga rozchodzący się po domu zapach, tak bardzo aromatycznych ciasteczek.
Choinka niecierpliwie oczekuje swojego miejsca w salonie. Na strychu kartony z ozdobami, ustawiły się przy schodach, niepewne czy zostaną wszystkie opróżnione na tegoroczne święta. Sama tego jeszcze nie wiem. 
Szukając klimatu postanowiłam spróbować zrobić kilka nowych bombek. 
Dawno nic się nie działo na moim poletku decoupage-owym. Czy ja jeszcze coś pamiętam w tym temacie? Jak moje ręce, przywykłe w ostatnim czasie do łopaty i pazurków ogrodniczych będą posługiwać się pędzelkami, gąbeczkami... Trzeba było się przekonać.
Przy okazji "posmakowałam" nowych farb, o których słyszałam tu i ówdzie. Chodzi o farby kredowe Americana Decor.
Połakomiłam się na kilka słoiczków, bo kolory są kuszące. Zerknijcie tylko tutaj. (klik)
Ale na razie zaledwie "liznęłam" czerwonego. I to wystarczyło. Najbardziej podoba mi się struktura tej farby po wyschnięciu. Jest bajecznie matowa... wręcz przypomina delikatny plusz. Na dodatek świetnie kryje. Już zaczynam szukać jakichś większych powierzchni, żeby się przekonać jak na nich ta farba się spisze. Mam dobre przeczucia.


Pierwszy raz również użyłam nowego ( dla mnie) lakieru. Do tej pory zawsze do osiągnięcia efektu wysokiego połysku, używałam pospolitego "śmierdziucha" poliuretanowego. Niestety, od pewnego czasu, najwyraźniej na starość ;),  zaczął u mnie wywoływać nieprzyjemne objawy. Kiedy w końcu wylądowałam na pogotowiu, to musiałam raz na zawsze rozstać się z tym moim niezawodnym śmierdzącym nabłyszczaczem. Próbowałam innych lakierów, tym razem akrylowych, ale nie dawały zadowalających mnie efektów.  W końcu znalazłam! (klik)
To jet to! Lakier o bardzo gęstej formule. Szybciutko wysycha, no i pięknie się błyszczy.



Siłą rozpędu machnęłam jeszcze komplet muzyczny. 


 ...i mały dowód wdzięcznosći dla... piekarnika, który w ostatnim czasie niczym Pstrowski pracował na pełnych obrotach i wykonywał 200% normy ;)



...i słodko się zrobiło :) więc na deser jeszcze dołożę coś dla ucha.

Fragment świątecznego koncertu sprzed kilku dni, w wykonaniu mojej córeczki - Hani :)
...ze szczególną dedykacją dla tych wszystkich, którym w te święta towarzyszyć będzie ...tęsknota.
 Ja na pewno będę tęsknić :(


                               

Serdecznie Was pozdrawiam,
 życząc wszystkim pięknie przeżytych Świąt Bożego Narodzenia! (...dla niektórych pomimo wszystko)



środa, 10 grudnia 2014

Teraz to ja ...pierniczę.

...a pierniczę w najsłodszym tego słowa znaczeniu :) czystym lukrem.


Przyznam, że to niezła zabawa.


Wystawiam na próbę  swoją cierpliwość i opanowanie ręki.




No i znalazłam dość skuteczne antidotum na moje smuteczki, które niespodziewanie spadły na mnie... nie ma to jak znaleźć sobie frapujące zajęcie.





...no i znalazłam amatorów moich pierników ;)



Tymczasem dobrego dnia Wam życzę i ... zmykam.