Zawsze bardzo się dziwiłam problemom wychowawczym co niektórych mamusiek. Mówiąc krótko nie potrafiły ujarzmić swoich pociech, które to niepodzielnie sprawowały rządy nad rodzicami uskuteczniając niezrozumiałe dla mnie zabawy. Chociażby takie bazgranie po ścianach. Gdy przychodziła im ochota, to z wielką fantazją ozdabiały ściany ołówkiem, długopisem, kredkami, czym popadnie i gdzie popadnie. Jakoś nie mogły sobie przyswoić zasady, że rysować można tylko na kartkach papieru. Papier je najwyraźniej nie kręcił... a mamusie jakoś do tego nie mogły swoje pociechy przekonać. Jedna nawet wyglądała na zadowoloną z takiego stanu rzeczy i rozgłaszała teorię, że jej synek to najwidoczniej przyszły artysta i juz na etapie wczesno- przedszkolnym kreatywność go rozpiera. Byłam zgorszona ... a jej synek jakoś na artystę nie wyrósł ;)
Moje dzieciaczki natomiast nie miały problemów żadnych z zaakceptowaniem papieru do swoich artystycznych poczynań. Jakoś za mało twórcze chyba były, bo nie przyszło im do głowy aby po ścianach bazgrolić. Więc cieszyłam się niezmiernie jak to mam dobrze wychowane potomstwo. Oczywiście moja zasługa ;)
Życie jednak uczy pokory. Minęły beztroskie lata moich starszaków (Hani i Tomka) i nagle naszła ich ta niesforna przypadłość. Okazało się, że malarstwo ścienne to jakiś obowiązkowy etap w życiu naszych dzieci. Muszą przez to przejść niczym przez choroby zakaźne wieku dziecięcego. I czym szybciej je zaliczą tym lepiej, bo łagodniej przechodzą, a i mniej powikłań się zdarza. Niestety Hania chyba zbyt późno złapała tą zarazę, bo do dnia dzisiejszego jej nie przeszła, zamieniając się w stan chroniczny. No i teraz mam z nią trzy światy, bo jej organizm domaga się co jakiś czas powierzchni pionowych, na których musi sobie pobazgrać.
Jakieś dwa tygodnie temu miała kolejne zaostrzenie objawów. Matczyne serce zmiękło i oddało jej do dyspozycji kolejne metraże ścian. Cóż począć z taką, jak musi!
Zmalowała mi dwa murale.
Pierwszy "atak" ;) złapał ja na korytarzu. Tu chciała sprawić mi przyjemność, bo narzekałam na niesforną zimę i ptaszków mi się zachciało. No i mam teraz ptaszki ...
Po przewróceniu koszyka z ptaszętami moje dziecko zgłodniało i zachciało jej się owoców. Do sklepu daleko, więc wkroczyła do kuchni i machnęła trochę witaminek.
No i mam na jakiś czas spokój... do następnego zaostrzenia objawów tej choroby natynkowej.
A wszystko zaczęło się gdzieś na początku liceum. Ni z tego ni z owego moje dziecię poczuło nieodpartą chęć nadrobienia zaleglości z dzieciństwa i pomalowania sobie po ścianie. Co się odwlecze, to nie uciecze -najwyraźniej to prawda. Zachciało się córci fresku na ścianie swojego pokoju. Pisałam o tym tutaj.
No i jak spróbowała, to teraz nie może przestać. Wciąż jej mało i wciąż ma apetyt na kolejne ściany. Co to będzie jak mi ich zabraknie???
W podobnym wieku i Tomek złapał wirusa tej choroby (przełom podstawówki/ liceum). Ale w jego przypadku obyło sie bez powikłań. Choroba jego miała charakter bardzo łagodny. Skończyło się na incydentalnym malowidle, które zdobiło parę lat jego pokój. Niestety nie mogę znaleźć zdjęcia ukończonego motywu.
...no i została mi jeszcze Kasia. Ta tez w dzieciństwie była grzeczniutka i do głowy jej nie przychodziło ustrajać ściany, pomimo, że już miała kogo naśladować. Niebezpiecznie szybko jednak zbliża się do wieku kiedy jej rodzeństwo padło ofiarą wirusa. Chyba juz powinnam zacząć się bać...















































