środa, 25 września 2013

Pocztówki z Zielonej Wyspy.

Zabiorę Was dzisiaj do Irlandii, gdzie bawiłam ostatnio.
Znalazłam się tam gnana tęsknotą... bynajmniej nie za wyspą...


Przy okazji jednak nie omieszkałam podziwiać tego zakątka,  w którym wcześniej nigdy nie byłam.
I pozostały kolejne wspomnienia zatrzymane obiektywem.
Małym wycinkiem ich dzielę się z Wami :)
Dajcie się skusić na małą wyprawę po Cork i jego okolicach. 









 Czy zwróciliście uwagę, jak odpowiednio długie wagary potrafią dodać skrzydeł ;)...i nie potrzebny Red Bull.
























Jestem ciekawa jak podoba Wam się Irlandia widziana przez pryzmat mojego i...Kasi obiektywu.
Zapewne wrócę tam jeszcze nie raz :) ...bo już tęsknię. Bynajmniej nie za wyspą.

A teraz czas wrócić do rzeczywistości. Do roboty!

czwartek, 22 sierpnia 2013

Próba reaktywacji.

 Minęło trochę czasu od kiedy opublikowałam ostatniego posta. Był grudzień. Lizałam rany po zabiegu wymiany mojego bioderka. Rekonwalescencja przebiegała w ekspresowym tempie. Pod koniec stycznia, po niespełna dwóch miesiącach śmigałam już bez kul. W lutym pojechałam do Jantara na 3-tygodniowy turnus rehabilitacyjny podładować akumulatory.  Chwytałam "wiatr w żagle"... szczególnie na długich spacerach wyludnionymi o tej porze roku plażami. W mojej głowie rodziły się nowe pomysły. Niezliczone plany nowych projektów. A tymczasem życie po cichutku szykowało mi tzw. pokrzyżowanie planów. Bez zapowiedzi pokazało to gorsze swoje oblicze. Oblicze, które wciąż, na samo wspomnienie, przeraża mnie. A byłam znowu sama i sama musiałam się zmierzyć z tym całym złem. Odys gdzieś z końca świata mógł mnie tylko wspierać mailowo...  Było mi ciężko i najchętniej skryłabym się gdzieś w mysiej dziurze. Ale o tym mogłam tylko pomarzyć.
To były zdecydowanie najgorsze miesiące w moim życiu. Chciałabym o nich zapomnieć, bo okazuje się, że wspomnienia też bolą... Ale niech już zostaną tylko wspomnieniami...

A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój...
Powoli odzyskiwałam swój świat... ten z przyjaznym obliczem, dający spokój...wiarę i nadzieję...

W końcu powrócił Odys i zgodnie z planami trzeba było zabrać się ostro za... wicie naszego gniazda na kaszubskiej wsi. I nie było zmiłuj się. I nie ma zmiłuj się... Zakasaliśmy rękawy i ...do roboty.

W międzyczasie otrzymałam trochę maili od życzliwych mi osób, zaniepokojonych ciszą na moim blogu. Nie wszystkim udało mi się odpisać. Wpierw nie miałam sił, a potem i czasu. Bardzo mi wstyd...ale liczę na Waszą wyrozumiałość. Jeszcze raz przepraszam ...

I znowu się rozpisałam nie na temat, bo w temacie "próba reaktywacji" ;)
Siłą rzeczy...już chociażby dzięki w/w mailom, od czasu do czasu przypominał mi się blogowy świat.
Tak uczciwie mówiąc zdążyłam się od niego odzwyczaić...ale prawdą jest też, że coraz częściej nieśmiało coś mi przez głowę przemykało o powrocie... Tylko tak jakoś trudno zacząć.
A poza tym od czego tu zacząć??? W pracowni marazm... z przyczyn prozaicznych: notoryczny brak czasu, bo ja albo z tematami budowlanymi walczę, albo z ...chwaściorami ...albo z choróbskami  :/
I nie wiem kiedy znajdę na tworzenie czas. Może z początkiem roku szkolnego??? Być może...
Tymczasem kończą się wakacje. Moje praktycznie były bardzo krótkie, zupełnie nieplanowane.
Ot, po prostu Odys z dnia na dzień zarządził "chwilę wytchnienia" A gdzie można cudownie odetchnąć?
 Padło hasło bardzo przewidywalne : Mazury!
 Telefonu do mariny i okazało się, że łajba czeka na nas.  Niewiele się zastanawiając spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w kierunku Krainy Wielkich Jezior.
Zostawiając ten cały kierat, który towarzyszył nam ostatnio, cieszyliśmy się już samą podróżą. Co tam kiepskie drogi kiedy można było podziwiać takie widoki :)



W końcu mogliśmy się "zaokrętować" na naszej łodzi. Co za radość!!!
Czekał nas tydzień błogiej laby i ...upajanie się takimi widokami :))









Niby to już było i wydawałoby się, że jadąc po raz kolejny w te same miejsca ryzykujemy napotkanie jakiejś nudy czy tzw "powtórki z rozrywki" Nic podobnego.W tym temacie zawsze będzie nam mało ;) i marzenia, żeby kiedyś jeszcze powrócić tu, będą zawsze aktualne, bo za każdym razem tak naprawdę Mazury odkrywa się na nowo, z innej perspektywy. Tam jest po prostu cudnie. I każdy znajdzie sobie odpowiedni klimat. I amatorzy wakacyjnego zgiełku, którzy żyć nie potrafią bez tłumów i blichtru "wielkiego świata". A i amatorom ciszy, spokoju nietrudno znaleźć dla siebie miejsce.
Ustronne zatoczki, małe przystanie kuszą swą kameralną atmosferą i mają do zaoferowania często bardzo miłe niespodzianki.
Taka nas spotkała w Kozinie.
Leniwie płynąc ( z braku przyzwoitego wiatru) w kierunku tej małej przystani pogrążyłam się zupełnie we włoskich klimatach dobiegając końca "Ostatniej wieczerzy" Rachel Cusk. Słuchając poszumu mazurskich fal jednocześnie przechadzałam się po zakątkach Toskanii ... zatapiałam się we włoskich obrazach. No i rozmarzyłam się trochę. Tymczasem maleńki Kozin szykował mi niespodziankę. Oto czekała na mnie włoska knajpka. Nie wierzyłam :)


To była kropka nad "i" do tej opowieści. Jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki znalazłam się we włoskich klimatach. Wszystko mi się podobało. Wystrój, menu i ... ;) przesympatyczny szef (nawet urodę miał śródziemnomorską, choć był Polakiem) 
Trudno było mi zdecydować się. W końcu padło na makarony. Ten ze szpinakiem okazał się wyborny... :)
ale desery całkowicie rozłożyły mnie na łopatki. Na samo wspomnienie dostaję ślinotoku.




Po dwóch dniach wróciliśmy tam... na wyraźne podpowiedzi mojego podniebienia ;)
I jeśli znowu będę kiedyś na Mazurach z całą pewnością nie ominę tego wyjątkowego miejsca i maleńkiej przystani w Kozinie.

Tydzień na Wielkich Jeziorach minął zbyt szybko. Rejs skończyliśmy w Wilkasach i trzeba było wracać do domu.
Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze jedną przyjemność -odwiedziliśmy Magdę w jej ogrodach.
Milutko spędziliśmy czas, który jak zwykle nie chciał zwolnić w tak sympatycznych okolicznościach.
Magda upiekła dla nas lawendowe ciasteczka, które stanowiły niezłe połączenie z gaszącą pragnienie czekoladową miętą.
Zbyt krótko trwały pogaduchy ;) ... zbyt mało spędziłam czasu w jej pięknych ogrodach. Udało mi się pstryknąć parę zdjęć, kiedy podziwiałam ogrom pracy jaki wykonała z mamą doprowadzając zapuszczony kawał ziemi w zaczarowane ogrody. A to podobno dopiero początek.




 
 

 Myślę sobie, że pewnie jeszcze i tam wrócę ;)

A tymczasem uciekam, bo za 4 godziny pobudka i ... na budowę. Nie ma zmiłuj się :/

sobota, 22 grudnia 2012

Coraz bliżej Święta...

...a ja nic sobie z tego faktu nie robiąc... leżę sobie w najlepsze. A po domu, za dwoje, krząta się Odys :) Co za widok! ;) 
Okazuje się, że i po 30 wspólnych latach wciąż potrafi mnie zadziwiać. Nooo, nie poznaję mojego Pana i Władcy ;) ...a najbardziej rozczulają mnie jego poczynania w kuchni. Zawsze stronił od niej jak najdalej. Jego umiejętności kończyły się na jajecznicy, ugotowaniu ziemniaków i usmażeniu schabowego (często bez panierki, bo zapomniał) Na tym koniec. Duma mnie rozpierała kiedy przejął na siebie obowiązek pieczenia naszego chleba powszedniego. Ale kto zna ten przepis to wie, że to żadna filozofia ;)   Mimo moich, zdawałoby się wielu chitrych,  prób wrobienia go w tę działkę musiałam poddać się w końcu i uwierzyć w jego zapewnienia, że On do kuchni to na pewno nie jest stworzony. 
Tymczasem od kilku dni chłopa swego nie poznaję. Z kuchni prawie nie wychodzi. Postanowił sobie zafundować przygodę życia i samodzielnie przygotować świąteczne jadło. No koniec  świata! ( a jednak miał miejsce w moim domu ;))
I na poważnie postanowił wziąć byka za rogi, bo wszystkich chętnych nieść mu pomoc goni z obecnego swojego królestwa, wymachując czym ma pod ręką z szerokiego wachlarza kuchennych narzędzi ;)  Bawi na całego co i rusz wykonując telefon do przyjaciela (znaczy się do mnie) co teraz ma wrzucić do garnka. I rozbawia mnie pytaniami typu: a jak wygląda kasza perłowa (akurat krupnik gotował) A zaczęło się od tradycyjnej pomidorówki, na którą miałam wielką ochotę po kateringowym smętnym szpitalnym jedzeniu. 
Mówię Wam, kolejny ukryty talent wyszedł z tego mojego Wilka Morskiego ;) Poradził sobie i z bigosem świątecznym i schabowymi trójkątami nadziewanymi żurawiną, które zaserwuje na świąteczny obiad. 
Do tematu ciasteczek, które w naszym domu chyba najbardziej są oczekiwane, podchodził jak do jeża. W końcu się odważył i poszedł za ciosem, zaliczając cały zestaw ;).   A ja każdorazowo oczy przecierałam ze zdziwienia, kiedy do kolejnej kawusi kolejne ciasteczka do degustacji serwował  mi mój dobrodziej. A że stara to prawda, iż przez żołądek do serca najkrótsza droga prowadzi, to nie miałam wyjścia i ...znowu się w nim zakochałam ;) na zabój ;) i śmieję się po cichutku, że w sumie to warto było dać się pociąć dla takich atrakcji ;)) ...więc tym bardziej nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło.
Kasia też korzysta z uroków unieruchomienia mamusi. W końcu w 100% samodzielnie będzie mogła ustroić choinkę i dekorować dom. Normalnie zawsze musiałam wtrącić swoje 5 groszy i konczyło się zwykle na tym, że ostatni szlif i chrakter wystroju to ja nadawałam. W tym roku zapowiedziałam: róbta co chceta, dając mojej małej (upsss, no właściwie całkiem już dużej) artystce całkowicie wolną rękę w działaniach.
Będziemy mieć więc wyjątkowe Święta. Już nie mogę się doczekać ;)




Tymczasem posiłkując się fotografią zeszłorocznej choinki ( bo tegoroczna będzie strojona tradycyjne dopiero jutro)  chciałabym już dzisiaj złożyć wszystkim Wam, odwiedzających moje wirtualne atelier, życzenia  świąteczne.
Pięknie przeżytych Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam.
Niech atmosfera wigilijnego stołu odkryje na nowo dobro w każdym z nas. 
Otwórzmy się z wrażliwością dziecka na magię tych Świąt i niech ich magiczne ciepło wystarczy nam na wszystkie zwykłe dni. 


Czas okołoświąteczny, to szczególnie dobry czas na dzielenie się dobrem. Zbliżający się koniec roku często skłania nas do postanowień noworocznych a wcześniej bilansowania całego roku. Sumujemy plusy z minusami. Może komuś w rubryce "dobre uczynki" pozostało trochę wolnego miejsca??? 
Tak niewiele trzeba, żeby dołączyć się do wielkiego dzieła i dołożyć swoją małą cegiełkę potrzebującej  naszej pomocy maleńkiej Antosi Wieczorek.


Jej historię poznacie na jej stronie klik
Każda złotówka się liczy... bo przecież ziarnko do ziarnka ...  Będę szczęśliwa, jeśli mój apel przyczyni się chociażby do kilku dodatkowych ziarenek, które w sumie uchronią małą Antosię przed amputacją nóżek.
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie  ...już prawie świątecznie :)

wtorek, 18 grudnia 2012

Bombki z bałaganu wygrzebane.

U mnie bez zmian. Nuda. Leżę (...)
 I powoli mam tego zajęcia po dziurki w nosie. Dacie wiarę, że to jest męczące? A już najbardziej chyba dla moich biednych czterech liter. Auuuć!!!!! 
Nic to... przecież ten najgorszy pierwszy miesiąc kiedyś musi minąć...
Korzystając z nadmiaru wolnego czasu wpadłam na pomysł, że to świetna okazja abym się zabrała za porządki w moich komputerowych bałaganach, za co zabierałam się od kilku lat i jakoś zabrać się nie mogłam.  A bałaganu narobiłam, że aż strach ... 
Zakasałam więc rękawy i otworzyłam wrota mej stajni Augiasza ;) 
I tym sposobem mogę powiedzieć, że jednak zabrałam się za jakieś przedświąteczne porządki  ...a więc jednak tradycji stało się zadość ;)
Przy okazji odnalazłam stare, bo ubiegłoroczne fotki moich bombkowych poczynań. 
Nie udało mi się pokazać ich wówczas. Miałam taki zamiar, bo zdjęcia zrobiłam, ale ... W końcu zupełnie o nich zapomniałam. 
Dzisiaj na nie trafiłam i stwierdziłam, że czas pokazać je światu ;) 
Tym sposobem, pomimo mojego unieruchomienia i na moim blogu zapanuje świąteczny klimat. To chyba nie szkodzi, że chwalę się po roku. Można uznać, że nabrały w końcu mocy urzędowej ;)


Właśnie rok temu wpadłam na pomysł, aby co niektóre bombki na trwałe datować rokiem powstania. 
Uznałam, że to świetny sposób zapisu sentymentalnego. 
I tak powstało trochę bombideł z rokiem 2011, zatrzymujących klimat "tamtych" świąt ;)



Nie byłabym sobą jakbym nie zrobiła jakiegoś "kompleciku"  Po prostu lubię tak.  I tak postała seria aniołkowych sopelków.




i na koniec komplecik zimowych dziewczynek 



Pozdrowienia leniwe przesyłam i ...dalej ofiarnie odpoczywam za wszystkich pracujących ;)

sobota, 15 grudnia 2012

Moje przedświąteczne NICnierobienie...

...to się porobiło. 
Przecież grudzień w rozkwicie. Każdy dzień zbliża nas  do Świąt Bożego Narodzenia.  A co za tym idzie... temperatura przygotowań, do tych wyczekiwanych przez wszystkich dni, wzrasta w postępie geometrycznym. 
A ja???... a ja leżę i leżę i leżę i... nie robię NIC. Kompletnie nic!!! Dziwny to dla mnie stan. ...szczególnie przed świętami.

                                                                                                         

Cóż, ... ŻYCIE...niespodzianie napisało mi scenariusz, który nijak nie korelował z moim autorskim ;). 
I jak w takich przypadkach zwykle bywa, nie moja wersja wygrała... więc nie krzątam się tym razem ochoczo po domu robiąc świąteczne porządki, nie piekę moich tradycyjnych ciasteczek, pierniczków, a w mojej pracowni dziwny jak na ten czas bezruch i głucha cisza.
I nie dzieje się nic. :/ ...bo przejechał po mnie czołg (...) Tak przynajmniej się czuję.
Właśnie wróciłam do domu, z dobrze już znanego mi oddziału ortopedii po wymianie kolejnego "bioderka".
 Miałam wątpliwą przyjemność odczuć na "własnej skórze" zawirowania w naszym osobliwym NFZ...ale i budującą tak bardzo życzliwość i dobroć osób niby zupełnie mi obcych, a jednak paradoksalnie bliskich :)
Dużo by opowiadać...
a więc wróciłam do domu na czterech nogach i cieszę się wygodą swojego łóżka, na które jestem skazana przez najbliższe tygodnie. I to na dodatek w pozycji horyzontalnej - brrrrrrr!!!!!!
   W "przerwach" będę na nowo uczyć się chodzić i oswajać z moim nowym podzespołem ;)
Na szczęście wiem czym to pachnie ( cztery lata temu zaliczyłam taki sam zabieg) Nie jestem więc już tak przerażona swoim stanem, bo już przerabiałam nieraz tą prawdę, że żeby było lepiej, to czasem musi być gorzej... i to  czasem dużo gorzej ;/
Uzbrajam się więc w cierpliwość i pokorę... bo przecież będzie lepiej :)
a jeszcze tak niedawno rozpierającą mnie energię przygotowań przedświątecznych zawiązuję na supełek (coby się nie rozproszyła) i odkładam na półkę. Jak nic przyda mi się ...za rok ;) na wyjątkowe Święta :)) 
... ale, ale... te też zapewne będą wyjątkowe ... no przecież ;)  


sobota, 27 października 2012

Misie przypomniały mi się...


...blady strach padł na mnie. 
Jutro ze swojej morskiej włóczęgi wraca Odys! Właśnie przesiadł się w Singapurze ze statku morskiego na powietrzny i ze średnią prędkością 840km/h zbliża się do ogniska domowego.
 No pewnie, że się cieszę :)) ...bo kto by się nie cieszył w takich okolicznościach. ...ale moją radość właśnie zmąciła niepokojąca refleksja... 
Otóż, jak świat światem szanująca się Penelopa podczas, gdy jej oblubieniec ;) przemierzał morza i oceany, z wielkim poświęceniem oddawała się robótkom ręcznym. Nie mogło być inaczej ... więc i ja do tej zasady stosowałam się od zawsze. Dzięki temu na własnej skórze przekonałam się, że to jest świetne panaceum na rozłąkę. ...bo jak człowiek znajdzie sobie robotę (najlepiej pasjonującą), to i do głowy jakoś głupie myśli nie przychodzą ;) , a i czas szybciej mija. Nooo, same zalety.
Tradycją więc się stało, że zawsze w okresach słomianego wdowieństwa, mimo, że cały dom (a czasem i dwa) miałam na swojej głowie i zdrowie liche, to jakimś cudem udawało mi się wykrzesać z siebie odpowiednią dawkę energii, by przeprowadzać wciąż nowe metamorfozy w domu, a to meble przemalowałam, które dodatkowo koniecznie musiałam poprzestawiać, a to w tapicera się bawiłam, w projektanta, tradycyjnie chociaż z "jedną" ścianę musiałam przemalować, bo dotychczasowego koloru już zdzierżyć nie mogłam ;)...o intensywniejszej niż zwykle produkcji w zaciszu mojej pracowni nie wspomnę :) 
Realizowałam czasem całkiem szalone pomysły i miałam wielką frajdę, już na samo wyobrażenie jak zareaguje na to wszystko Odys. 
Tymczasem dzisiaj zrobiłam sobie "rachunek sumienia"  z robótek ręcznych za ostatnie 4 miesiące i (jak na wstępie) blady strach padł na mnie, bo się okazało, że tym razem żadnymi nowościami nie mogę się pochwalić. Nic kompletnie nie powstało w mojej pracowni. To już całkowita degrengolada :/ 
Pracownia pokryła się kurzem... z blogiem nie lepiej...i gdzieś obok ja, spowita w marazmie jakimś, nie mająca na nic sił, ani ochoty... normalnie wstyd!!! No i jak ja się pokażę mojemu włóczykijowi na oczy?!...
I postanowiłam to zmienić. Tu i teraz!
Nie bacząc na późną porę zasiadłam do komputera i na dobry początek pościągam pajęczyny z mojego bloga, bo przecież w pracowni raczej nie mam szans nic sensownego stworzyć tak ad hoc.
...ale przecież do nowego posta potrzebny jest jakiś temat... hmmm... więc przypomniały mi się misie ;)
Kolejne, które wyszły spod mojej igły jakieś pół roku temu i wybyły już z domu w siną dal... a czasu na ich przedstawienie w wirtualnym świecie najzwyklej nie znalazłam.
Teraz spadły mi jak z nieba ;)
Szybciutko więc przedstawiam, tym razem bezimiennych anonimów. Ona i On.
Ona:

 i On:

...i tym sposobem zgłaszam swą obecność w blogowym świecie. Mam nadzieję, że to nie będzie słomiany zapał i teraz, dla odmiany ;) będę ze zdwojoną energią ( no może bez przesady z tą zdwojoną ;) ) dłubać coś w pracowni.
A teraz uciekam pod kołderkę zaliczyć trochę snu. Niebawem będzie świtać. Dyć nie mogę witać Odysa  z oczami na zapałkę. 
Jeszcze zdążę się doprowadzić do porządku jakiegoś, bo nie mam zamiaru spędzić dzisiejszego wieczoru tak (patrz fotka niżej)


Udanego weekendu Wam życzę... mój z pewnością taki będzie.