sobota, 18 października 2014

Będę miała warzywniak.

Moje spacery po pięknych angielskich ogrodach ( w Irlandii) pozostały już tylko wspomnieniem.
Zapewne często będę do nich wracać przeglądając pękające w szwach albumy ze zdjęciami. Po cichu planuję też sobie powrót w tamte miejsca w realu... może już wiosną? Bo z całą pewnością każda pora roku odsłania inne uroki ogrodów.
Tymczasem zakasaliśmy z Odysem rękawy i zabraliśmy się za tworzenie własnego warzywniaka.
Tylko od czego by tu zacząć? Nie mamy przecież żadnego doświadczenia w tym temacie.
Wiedziałam gdzie chcę mieć ogródek z grządkami... ale już ile miejsca na niego przeznaczyć to nie do końca. Poza tym marzył mi się warzywniak w stylu angielskich tzw Kitchen Gardens. A to już wyższa szkoła jazdy. Nie mogłam więc sobie odmówić wezwania na pomoc specjalistów od angielskich ogrodów -Kasi i Andrew Bellingham, o których pisałam w ostatnim poście.
Wszak najlepiej uczyć się od mistrzów :)
Zaprosiliśmy więc ich na konsultację, żeby rzucili fachowym okiem na nasze ugory i poradzili co mamy z tym naszym łysym polem robić, tak krok po kroku.
Ku mojej wielkiej radości Kasia zgodziła się zrobić nam ogólny projekt warzywniaka, co bardzo skróciło czas realizacji wymarzonego ogrodu, bo wyobrażam sobie ile by mi zajęło dumanie nad planowaniem... i nie wiadomo czym by to się skończyło ;)
Mając plan mogliśmy przejść do konkretów, a więc ...roboty.
Na początek wyznaczyliśmy ścieżki. Trochę sznurka poszło ;)... głównie przez to, że jakem mocno niespokojna dusza, zmieniłam troszkę projekt Kasi znacznie zwiększając ilość ścieżek. Taką juz mam naturę, że do ostatniego momentu przed realizacją planów muszę coś zmienić ... bo coś tam niespodziewanie mnie "olśni" ;) i nowy pomysł nie daje mi spać...


Potem Odys pogłębił wytyczone ścieżki, wywożąc nadmiar ziemi.


Wyłożyliśmy je agrowłókniną, żeby zabezpieczyć przed chwastami i wyznaczyliśmy ich granice obrzeżami trawnikowymi.  Tak powstałe "koryta" zostały wypełnione drobnymi kamyczkami tzw tłuczniem. 
Wcześniej marzyły mi się ścieżki ze starej rozbiórkowej cegły, ale Kasia (ta od angielskich ogrodów) przekabaciła mnie do kamyczków.
Przyznać się muszę, że po odwiedzinach jej ogrodu, a potem kilku w Irlandii, przekonałam się do tego materiału. Przede wszystkim jest naturalny i pięknie komponuje się z roślinami. Jest dla nich świetnym tłem, takim neutralnym. Poza tym tworzy warstwę mocno przepuszczalną, dzięki której po deszczu nie tworzą się kałuże a woda może zasilać rośliny rosnące wzdłuż ścieżek.




Po drodze Odys musiał jeszcze stoczyć bój z wodnymi rurami ale jakoś sobie poradził -mój bohater :)
A ja tymczasem niecierpliwie oczekiwałam przesyłki.
Trzy kartony w końcu dotarły a w nich zieleniały się sadzonki bukszpanów. Co za radość!


Mogłam w końcu zabrać się za obsadzanie rabat, bo te centralne, właśnie wymarzyłam sobie z bukszpanowymi obwódkami.
Ależ miałam frajdę, że oto stałam się właśnie ogrodniczką :) 
Nie mogłam na starcie dać plamy...pilnowałam więc siebie, żeby zawsze zielonym do góry... ;))

 

Wygląda jakby mi się udało :) ...ale zobaczymy wiosną co z tego zostanie.


 Tymczasem śmiejemy się, że mamy lądowisko dla helikopterów ;) ...bo jak na razie, to wszystko wygląda trochę tak chłodno i surowo. 
Ale jestem spokojna, bo kiedy obwódki (za jakieś 3 lata) zagęszczą się, a rabaty zapełnią warzywami i kwiatami, to efekt będzie dużo przyjemniejszy dla oka. Poza tym nie mogę się doczekać na części żwirowej ławeczki, małej szklarenki i kto wie? może jakiegoś małego domku ogrodnika. Na razie marzę sobie... :)
A poza tym jeszcze jest "niebezpieczeństwo", że jakieś licho w najmniej oczekiwanym momencie najdzie mnie i coś pozmieniam znowu...czego miałam już małą próbkę.
W prawej części ogrodu (jak na zdjęciu wyżej), wzdłuż ścieżki zaplanowane są rabaty kwiatowe.
Granice ścieżki miał wytyczać rząd bukszpanów. Tak też obsadziłam sadzonkami. 

 

No i wystarczyło kilka dni, żeby jakieś licho zaczęło mnie męczyć i namawiać na zmianę planów. 
Powyciągałam więc "za uszy" dwa rzędy bukszpanów i obsadziłam trzy pozostałe krawędzie rabat kwiatowych, tworząc zaczątki takiej jakby "sofy" ;)- oparcia dla kwiatów. Tak sobie wymyśliłam. I nie wiem czy dobrze zrobiłam... ale cóż, tak już mam...


Tym sposobem zarysy warzywniaka już widać, co bardzo nas cieszy i nastraja optymizmem.
Przed nami jeszcze sadzenie żywopłotu, który otulić ma ten ogród przed regularnie odwiedzającymi nasze wzgórze wiatrami (urywającymi głowy) 
Będzie zaciszniej, przytulniej i ...ładniej :)
Tymczasem z myślą już o wiośnie, obdarowaliśmy nasz warzywniak "złotym runem".  Okazuje się, że na wsi nie jest wcale łatwo zdobyć obornik. Co za czasy! 
 Odys w akcji. 


 Rabaty bukszpanowe pławią się więc już w tej  cudownej "odżywce" i mam nadzieję, że w przyszłym roku zdopingują moje pierwsze warzywka do satysfakcjonujących plonów :) -hehe, marzenia... marzenia...
...a klucze gęsi donośnym gęganiem żegnały nas przecinając kawałek "naszego" nieba...




sobota, 4 października 2014

Pamiętajcie o ogrodach...

Baltimore. Zabiorę Was właśnie tam...
Odwiedziłam to miejsce dzięki Kasi Bellingham . A do niej wcześniej trafiłam zupełnie przez przypadek serfując sobie w poszukiwaniu inspiracji ogrodowych. 
Ależ perełka, pomyślałam sobie o tym wirtualnym miejscu. I nie dość, że jej blog to kopalnia wiedzy ogrodniczej, której mam wielkie deficyty ;) to jeszcze okraszona jest niezwykle pięknymi fotografiami, które (podejrzewam) są zainfekowane jakimiś wirusami zarażającymi czytelników do pasji ogrodniczej. Mnie zaraziły. Fakt, że trafiając na jej bloga byłam wyjątkowo podatna na działanie takich wirusów. Kilka nocy spędziłam w tym magicznym miejscu i kiedy między wierszami odkryłam, że ogrody Kasi i Andrew muszą znajdować się gdzieś niedaleko mojej wsi, to wiedziałam, że to nie przypadek ;)  Musiałam więc zobaczyć ten raj na własne oczy.  
I kolejne marzenie mi się spełniło :) 
Kasia i Andrew są niesamowici. To wielcy pasjonaci angielskich ogrodów.  Kilka lat temu przyjechali do Polski i osiedlili się na Kaszubach.  Tu od podstaw tworzą swój raj na ziemi, jednocześnie propagując w pięknym stylu miłość do naturalnych ogrodów. 
Cieszę się ogromnie, że dane mi było ich poznać. A nie dość, że są profesjonalistami, to jeszcze na dodatek przesympatycznymi ludźmi... 
Ja to mam szczęście :)
Z racji tego, że jakiś czas pracowali w ogrodach Irlandii, i znają doskonale wiele z nich, to wybierając się na Zielona Wyspę, poprosiłam Kasię żeby mi poleciła jakieś ciekawe miejsca. Takie na czasie. Czasie, w którym szukam inspiracji do stworzenia swojego ogrodu. 
Przysłała mi listę z kilkoma interesującymi pozycjami a ja wybrałam jedno z nich- Glebe Gardens. 
Z Cork pokonaliśmy ponad 100 km, żeby trafić tam, ale warto było :)
To zdjęcie zrobiłam specjalnie dla Kasi B, żeby na gorąco zameldować jej, moją obecność w ogrodzie, który sama odwiedzała  nie raz :)


Uchylona bramka, w ślicznym kolorze blue, zapraszała do środka.


To jest to! Stwierdziliśmy zgodnie z Odysem :) kiedy przekroczyliśmy "progi" warzywnego ogrodu.
To jest coś dla nas. Ogród idealny. Stworzyć coś podobnego u siebie. ...ech, pomarzyć można :)
...ale zawsze dobrze mieć swoje ideały, bo ma się do czego dążyć :) a to przecież sens życia. Przynajmniej mojego.
Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że z tak wielką przyjemnością można spacerować po... warzywniaku. I nie chciało się mi rozstawać z tymi ścieżkami ... rabatami.











Prawda, że piękny ten ogród warzywny?  
Spacer umilał nam swoim towarzystwem przesympatyczny przewodnik ;) 
Znał doskonale wszystkie zakątki ogrodu warte obejrzenia.






I zaczynam się nieśmiało zastanawiać nad podobnym stadkiem. Odys to skwitował krótko - koniec świata! ;)
A koza-blondyna roześmiała się w głos na te moje szalone plany :)
Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni ;) ...jeszcze Wam pokażę...








Przechodząc przez ten urokliwy mostek słyszałam wyraźnie Jonasza Koftę... który wyśpiewał pięknie tę prawdę:  
"...pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście..."








...i to by było na tyle :)
Chciałam jeszcze wrzucić "parę" fotek z samego Baltimore, bo to wyjątkowo urokliwa, pod względem turystycznym miejscowość. 
Uznałam jednak, że co za dużo... 
i pewnie kiedyś jeszcze osobny wpis poświęcę właśnie na Baltimore, bo jest tam wiele pięknych widoków i atrakcji... również kulinarnych.
Kasiu, pizza w La Jolie Brise, dokładnie jak mówiłaś, była wyśmienita :) 
Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie z Kaszub, życząc udanej niedzieli. 
A ja sobie jeszcze troszkę posiedzę rozmarzona w klimatach fantasmagorii na temat mojego przyszłego warzywniaka ;)

Penelopa